Inne

Każda akcja podobno rodzi reakcję. Nikt z sieci Orange tym razem do mnie nie zadzwonił z pytaniem, czy jestem zadowolony ze sposobu wykonania usługi przywrócenia dostępu do internetu, więc postanowiłem odwdzięczyć się najlepszej podobno sieci w kraju niniejszą notką.

Wczoraj kolejny raz „nawalił” mi internet, a właściwie, to jego dostawca - firma Orange. Zdążyłem się już do tego przyzwyczaić, bo zdarza się to dość często. Na szczęście, z reguły po godzinie (lub dwu) połączenie z internetem samoczynnie zostaje przywrócone. Jednak, gdy trwa to dłużej, wykonuję restart liveboxa i czasem to pomaga, a jeśli nie... wtedy dzwonię z interwencją do Biura Obsługi Klienta na numer infolinii. Oczywiście muszę dzwonić z komórki, bo kiedyś dałem się namówić przedstawicielowi operatora do rezygnacji z telefonu podłączonego fizycznie linią telefoniczną, więc teraz gdy internet nie działa, telefon stacjonarny też milczy.

Po uzyskaniu połączenia z infolinią i wybraniu kilku cyfr otrzymuję automatycznie wygenerowaną informację o awarii oraz prognozowanym terminie jej usunięcia... albo zostaję przekierowany do konsultanta i problem zazwyczaj mam rozwiązany.

Wczoraj restart liveboxa się nie powiódł, co mnie trochę zirytowało, bo akurat miałem inne sprawy na głowie, a tu trzeba było znowu zgłaszać uszkodzenie. Dla pewności podniosłem jeszcze słuchawkę telefonu stacjonarnego i od razu się zdziwiłem. W słuchawce pojawił się głos, który poinformował mnie, że nie działa u mnie internet i że powinienem zresetować liveboxa, a jeśli to nie pomoże, to zadzwonić na infolinię sieci Orange.

Nie powiem, żeby mi to jakoś szczególnie pomogło, albo chociaż poprawiło humor, więc poszedłem po komórkę i wykręciłem numer infolinii. Po kilku sygnałach usłyszałem komunikat:

- Witamy w Orange, sieci numer jeden w Polsce.

Już byłem przygotowany, by wybrać stosowną cyfrę, która mnie przełączy do działu operatora zajmującego się siecią internerową, a tu niespodzianka. Po chwili ciszy dobiegł mnie pozbawiony wszelkich emocji głos:

- Dzień dobry! Jestem Max, głos sztucznej inteligencji sieci Orange.

Zwyczajnie zbaraniałem, ale zaraz się przed sobą usprawiedliwiłem, że to normalne, bo przecież sztuczna inteligencja, to coś takiego, co mi się zazwyczaj kojarzyło z Komisją Europejską... albo partią „nowoczesna”. Zresztą Max też musiał być lekko zmieszany, bo zaczął się tłumaczyć, że jest akurat w fazie przeprowadzania testów. Potem na chwilę zamilkł, a ja zacząłem się zastanawiać, jak z czymś takim się porozumiewać i czy Max jest tam jeszcze, czy też udał się do dyrektora technicznego firmy, albo może samego prezesa po poradę... co ma dalej robić? Ale nie, okazało się, że to model dopracowany iście po europejsku.

- Powiedz proszę, jak mogę ci pomóc? – odezwał się Max.

„O w mordeczkę...” – przemknęło mi przez głowę. – „Ja, jeszcze przed chwilą nie wiedziałem, że sztuczna inteligencja o imieniu Max istnieje, a on o mnie nawet pewnie nie słyszał, a już mówi mi per „ty”... No fajnie was tam w tym Orange uczą”.

- Słuchaj Max – zacząłem też po imieniu, bo w końcu tak mi się przedstawił. – Nie działa mi internet.

Minęła dłuższa chwila i chyba w końcu to przetrawił, bo znowu się odezwał:

- Czy twoja sprawa dotyczy usług stacjonarnych, czy mobilnych?

- Stacjonarnych – rzuciłem i pomyślałem, że jeśli jest taki inteligentny, to sam powinien był się tego domyślić, skoro dzwonię z komórki. Znowu trochę trwało, zanim się odezwał:

- Podaj swój numer abonenta, albo numer pesel.

Skąd miałem pamiętać, jaki jest mój numer abonenta? Uznałem więc, że podam „gościowi” numer pesel i zacząłem stukać w klawiaturę. Miałem nadzieję, że jako byt cyfrowy – akurat z cyframi powinien sobie poradzić.

Czekam, czekam, czas ucieka, a ciśnienie wyraźnie mi się podnosi. W końcu się odezwał:

- Podaj swój numer abonenta, albo numer pesel.

- Goń się nieuku – warknąłem do słuchawki i się rozłączyłem. Musiałem trochę pomyśleć, a świadomość, że sztuczna inteligencja na poziomie skórki pomarańczy czeka po drugiej stronie linii wcale mi w tym nie pomagała. Przyznaję, iż było to z mojej strony trochę nieuprzejme, ale niech się robot uczy, że podenerwowani ludzie w swoim zachowaniu bywają często naturalni, a ja na taki brak profesjonalizmu ze strony Orange zupełnie nie byłem przygotowany.

- I jak – odezwała się żona – to coś u nich, czy u nas?

- Nawet nie pytaj - rzuciłem z irytacją. – na pewno u nich, bo nikt normalny z obsługi nie chciał ze mną gadać.

- Jak to? – żona była zdziwiona. – Przecież słyszałam, że z kimś rozmawiałeś.

- Próbowałem rozmawiać – poprawiłem. – Odezwała się jakaś sztuczna inteligencja, z którą nie można się dogadać. Najpierw chce bym podał jej numer abonenta... albo pesel, a jak podałem pesel, to nie rozumie i znowu pyta o to samo.

- To może trzeba było podać numer abonenta?

- Tak, może trzeba było – podniosłem nieco głos – tylko skąd ja mam wiedzieć, jaki jest nasz numer abonenta?

 - Nie denerwuj się – odparła – mieliśmy to gdzieś zapisane. Zaraz to znajdę.

Wyszła z pokoju i wróciła po kwadransie.

- O widzisz, tu mamy wszystko – rzekła pokazując mi aneks do umowy. – Zapisz sobie i spróbuj jeszcze raz.

Wykonałem pięć głębokich wdechów, potem (choć ręka jeszcze lekko mi drżała) zapisałem sobie potrzebny numer i ponownie połączyłem się z Maxem. Wyglądało to, dokładnie jak za pierwszym razem i już mniej więcej po minucie spytał czy sprawa dotyczy usług mobilnych, czy stacjonarnych. W tym całym zdenerwowaniu rzuciłem, że stacjonarnych i mobilnych, a potem zaraz ugryzłem się w język, ale było już za późno. Przerwa w rozmowie trwała dłużej, niż zwykle. Max chyba się z kimś naradzał, bo w końcu niczego nie wyjaśniając wydał mi polecenie:

- Podaj numer telefonu lub „aj di” neostrady.

„A niech cię szlag...” – zdusiłem w zarodku cisnące się na usta przekleństwo. Ja trzymam w ręku spisany na kartce numer abonenta, a on mnie pyta o jakieś „ID”... jakiś idiota, czy co?

 „O jaki numer telefonu może gościowi chodzić” – zacząłem kombinować – „komórki z której dzwonię, czy telefonu stacjonarnego, który akurat z powodu braku internetu nie działa? A może się lepiej ponownie rozłączyć, bo „taksomierz” Maxa pracuje i poszukać tego „aj di”?”

Mieliście już kiedyś taki stan, kiedy czuliście się bezsilni i już mieliście czymś rzucić o podłogę, gdy uświadomiliście sobie, że ktoś na was patrzy?

No właśnie - żona stała akurat w drzwiach, kiedy moja ręka trzymająca komórkę wykonywała zamach... ale spoko. Zdążyłem wyhamować.

- Chyba się starzeję – mruknąłem w jej stronę. – Coraz bardziej sztywnieją mi ramiona.

Nie wiem, czy to kupiła, ale wytłumaczyłem jej, że to co robi Orange, to nic innego, jak tylko kolejna odsłona zemsty „żabojadów” na nas Polakach... za to, iż nie godzimy się na przyjmowanie do Polski muzułmańskich imigrantów... i że ja mam już dosyć tego francuskiego eksperymentu.

Zaczęliśmy negocjacje i po kilku minutach doszliśmy do konsensusu. Ustaliliśmy, że najlepiej będzie, jeśli z Maxem pogada przedstawiciel młodszego pokolenia i przywołaliśmy syna. Syn od razu wytłumaczył, że jeśli ma się do czynienia ze sztuczną inteligencją, to nie należy niczego wystukiwać na klawiaturze telefonu, tylko na pytania i polecenia... odpowiadać głosem.

Nie powiem, syn zupełnie dobrze sobie radził, choć humor nieco mi się poprawił, gdy Max pouczał go ile cyfr powinien mieć telefoniczny numer. Potem już, kiedy został przełączony na automat w BOK poszło gładko. Kilka wciśniętych przycisków i pojawiła się informacja o awarii sieci oraz trwającej aktualnie naprawie.

A ja zacząłem się zastanawiać, po co trzeba było stracić tyle czasu i nerwów, jeśli ostatecznie i tak na końcu przechodzi się przez dotychczasową procedurę.

Gdy wrócił internet... przyszło mi na myśl, żeby jakoś dodać otuchy Maxowi i podziękować za rozwiązanie problemu. Zadzwoniłem na infolinię, ale po Maxie wszelki słuch zaginął – infolinia działała, jak zawsze.

„No nic” – pomyślałem. – „Podziękuję Orange’owi kiedy zadzwonią, żebym podzielił się z nimi uwagami na temat poziomu satysfakcji za wykonane usługi”. Ale nie zadzwonili, choć dotychczas zawsze pytali, czy jestem usatysfakcjonowany i czy mam jakieś uwagi do pracowników obsługi.

Teraz tak się zastanawiam... a może z tą sztuczną inteligencją, to jest zwyczajna ściema? Może po prostu Orange znalazło sposób, żeby sobie dorobić kosztem swoich abonentów i nabija nas w butelkę „na Maxa”, a Max jest tylko po to, żeby przedłużać rozmowę?

No nie wiem... a jeśli Orange specjalnie co jakiś czas wyłącza klientom internet, żeby dzwonili na linię 801...? Przy tylu abonentach...

I wtedy do mnie dotarło, dlaczego połączenie z Biurem Obsługi Klienta „sieci numer jeden w Polsce” cały czas jest płatne.

You have no rights to post comments