Inne

Trwa okres przedświąteczny, media kuszą magią zakupów, więc wybraliśmy się z żoną do marketu.

– Jedźmy dzisiaj, bo jutro pewnie będą już tłumy - perswadowała żona. - A poza tym, nie mam pojęcia, co zrobić na obiad... to przy okazji kupimy kurczaka z rożna i będzie po kłopocie. 

W sklepie na szczęście nie było tłoku. Oczywiście, ludzi nieco więcej niż zwykle, ale przy kurczakach (na stanowisku garmażeryjnym) stała tylko jedna młoda kobieta z wypełnionym do połowy wózkiem i już kupowała.

- Popatrz, nie ma ludzi – zauważyła żona – idź szybko i kup kurczaka, a potem przyjdź na dział z wędlinami.

Podszedłem do lady i stanąłem w kolejce za kupującą.

- A to co za sałatka? – spytała kobieta. – Bo nie potrafię się zdecydować.

- Ta jest z ogórków, a ta z brokułów – wyjaśniał młody sprzedawca. – Tu jeszcze mamy z białej kapusty, tu ziemniaczaną, a ta jest z buraczków.

- A która jest najlepsza?

- Wie pani – zaczął jej tłumaczyć. – Wszystkie są dobre, ale każdemu smakuje co innego...

Chwilę się zastanawiała, popytała jeszcze o składy poszczególnych sałatek i w końcu zadecydowała:

- To proszę tą i tą – wskazała palcem i coś dorzuciła, ale nie zrozumiałem wszystkich wypowiedzianych słów.

- Ile nałożyć? – młody człowiek spytał profesjonalnie.

- Wie pan – uśmiechnęła się z wyższością. – Robimy imprezę, więc chciałam kupić większą ilość. Ile macie w tych wiaderkach?

- Mamy pojemniki trzy i pięciolitrowe – odparł.

- To wezmę trzylitrowe.

- W takim razie muszę pójść na zaplecze – westchnął i poszedł.

Minęła minuta, potem następna i kolejna. Sprzedawca nie wracał, zaś do kupującej dołączyła koleżanka.

- I co... kupiłaś już? – spytała.

- Właśnie kupuję – odparła. - Wybrałam sałatkę i czekam na sprzedawcę... poszedł na zaplecze po towar.

- Aha – kiwnęła głową – a co weźmiemy do tego?

- Myślę, że może coś z grilla... jakieś udka czy co...

W tym momencie wrócił sprzedawca niosąc dwa pojemniki. Postawił je na ladzie i podszedł do kasy, by wydrukować nalepki z ceną.

- A co mi pan przyniósł? – przywołała go ta pierwsza.

- No tak, jak pani chciała... z ziemniaczkami i buraczkami.

- Taką? - spytała wskazując przez szybę.

- Tak, ta jest z buraczkami - odparł.

- Ale ja chciałam z brokułami... nie z buraczkami.

Sprzedawca wzruszył ramionami, zabrał jeden z pojemników i ruszył na zaplecze, zaś obie panie się naradzały.

- Popatrz, jacy nierozgarnięci ludzie tu obsługują, a wyraźnie mówiłam mu, że z brokułami. I toto rusza się, jak mucha w rosole.

- Fakt – przytaknęła jej druga – ale pomyślałaś, ile kupić tych udek?

- No, myślę, że po dwa na osobę... to będzie razem jakieś dwadzieścia osiem.

- To kup trzydzieści – zadecydowała.

Czas uciekał, mnie po plecach spływał pot, a sprzedawca nie wracał. Mocniej zacisnąłem zęby i w myślach przekonywałem siebie, że dam radę.

Sprzedawca wrócił niosąc kolejne wiaderko, skasował obie sałatki i przykleił nalepki na pojemniki.

- Czy coś jeszcze? – spytał.

- Tak - przytaknęła jedna z kobiet - poproszę jeszcze coś z kurczaka. – Uda... udka... czy podudzia...

- Pałeczki – podrzuciła jej koleżanka wskazując palcem przez szybę – pałeczki to się nazywa...

- Ile będzie tych pałeczek? – spytał dziwnie spokojnym głosem.

- Trzydzieści – odparła, a on wziął torebkę i licząc w skupieniu zaczął wkładać do torebki grillowane podudzia.

Korciło mnie by wyjść nie tylko z kolejki, ale nawet ze sklepu, celem schłodzenia głowy i zaczerpnięcia czystego powietrza, ale wytrzymałem... jednak, musiałem szybko czymś zająć umysł - liczyłem więc tzw. pałeczki”. Gdy doliczyłem do dziewięciu, dobiegł do mojej świadomości głos jednej z kobiet.

- Przepraszam pana! – aż się wzdrygnąłem, ale na szczęście okazało się, że to nie do mnie. - Gdzie tu jest data ważności, bo nie potrafię znaleźć.

Sprzedawca odłożył torebkę i podszedł do kobiet oglądających ze wszystkich stron wiaderka z sałatką. Wtedy coś przełamało się we mnie i na ustach pojawił mi się uśmiech. Zerknąłem na zegarek, potem do tyłu i zobaczyłem, że za mną stała już spora kolejka ludzi.

- Co mi tam – zacząłem analizować – dopiero minęło piętnaście minut, a sytuacja jest tak komiczna, że muszę ją opisać... i poczułem, jak strumyk potu na moich plecach się zatrzymał, a potem zaczął się powoli cofać.

- O, tutaj jest data – sprzedawca wskazał palcem na wieko i wrócił do kurczaków.

Wziął odłożoną wcześniej torebkę, rozchylił ją i zaczął liczyć, a mnie aż korciło, by krzyknąć, że kawałków kurczaka jest w torebce dziewięć, a potem pomyślałem sobie – a niech liczy.

Policzył, dorzucił do piętnastu, wziął drugą torebkę i zaczął wkładać kolejne podudzia.

- Czy ja powiedziałam, że czterdzieści? – przerwała mu kolejny raz jedna z kupujących, gdy wkładał do torebki piątą „pałeczkę”.

- Powiedziała pani, że trzydzieści – odparł spokojnie.

- To dobrze – odparła, a on ponownie zabrał się za napełnianie torebki.

Przy dziesiątym podudziu odezwała się do niego druga.

- Tu jest za krótka data – spojrzała z wyrzutem. – Nie weźmiemy tej sałatki.

- A pałeczki? – spytał.

- Pałeczki tak!

Podszedł, zdjął z lady pojemniki z sałatką i wrócił do kurczaków. Byłem ciekaw, czy znowu zacznie liczyć te w torebce, ale mnie zaskoczył. Dorzucił do torebki jeszcze pięć „pałeczek”, zważył obydwie porcje, nakleił cenę i podał paniom.

- Czy jeszcze coś podać? – spytał uprzejmie.

Nim zdążyłem zawołać – „człowieku nie rób sobie jaj” – usłyszałem głos jednej z kobiet:

- Proszę trochę tej sałatki... do kubeczka.

Zacząłem się rozglądać, czy to nie jakiś głupi kawał... czy ktoś tej hecy nie nagrywa, ale minęło już dwadzieścia minut z okładem a nikt nie wyskoczył z okrzykiem – „Jesteś w ukrytej kamerze!”. Potem pomyślałem sobie, czy przypadkiem nie jestem świadkiem jakiegoś egzaminu, któremu panie ze związku konsumentów poddają młodego sprzedawcę, ale on wcale nie wyglądał na zdenerwowanego. Z zamyślenia wyrwał mnie głos jednej z kupujących:

- Nie, chyba jednak zrezygnujemy z sałatki. Zdecydowałyśmy się na frytki.

W końcu po pół godzinie kupiłem kurczaka i odchodząc od stanowiska o mało co nie wpadłem na swoją żonę.

- Wreszcie jesteś! – spojrzała na mnie z wyrzutem. – Ja już zdążyłam oblecieć pół sklepu, a ty... Co ty się tak guzdrasz? 

 

Nie, nie macie racji. Wcale się nie pokłóciliśmy. Gdy już miałem wybuchnąć, ujrzałem kątem oka, jak młody sprzedawca spokojnie zmierza na zaplecze dźwigając wielki pojemnik z mięsem... i dotarło do mnie, że przecież dżentelmeni (choćby w największym stresie) mięsem nie rzucają... a cóż dopiero, gdy idą święta.

You have no rights to post comments