W głównym nurcie

W głównym nurcie

Lokujemy się obok nurtu, więc nie możemy udawać, że główny nurt nie istnieje. Dlatego postanowiliśmy, że od czasu do czasu trzeba przypomnieć, czym żyje główny nurt. Albowiem naszym zdaniem rozlewające się po świecie zło należy piętnować, fałsz wyciągnąć na wierzch, a wszelką zauważoną manipulację demaskować. A mówiąc proekologicznie – szambo należy czyścić.

Nie wolno też zapominać o falach głupoty toczonej przez nurt. Tę zwyczajnie trzeba obśmiać, co będziemy się starać sukcesywnie czynić.

 Teraz jestem sztabowcem Rafała, ale to nie jest tak, że zaraz miałbym (jak Michał, czy jakiś Kordian) za niego umierać. Po prostu go lubię, bo jest kwintesencją tego, co w Platformie było i jest wyjątkowe: uczciwość, przyzwoitość, stosunek do ludzi i pogarda do pisowskiego zła.

Tak, nie mam zamiaru udawać, że dobro nas nie obchodzi i że wysokie standardy mamy gdzieś... zresztą wszyscy w partii, jak jeden mąż (i wszystkie nasze żony) brzydzimy się kłamstwem i hipokryzją. Ci, którym z naszymi wartościami było nie po drodze, zostali z partii usunięci jeszcze za przewodniczącego Donalda.

Niech was nie dziwi, że używam imion, bo to u nas normalka... jak mawiamy - PO KO to jedna rodzina, a reszta to PiS-u wina.

Od samego początku wiedzieliśmy, że Rafał byłby najlepszym kandydatem, ale racja stanu (głosem profesor Hanny) przekonywała, że nie można dopuścić do tego, by zły los kolejny raz pokrzyżował nam plany.

Bo gdyby Rafał (nie daj Boże) jakimś cudem wygrał, to Hanka nigdy by nam tego nie darowała. Wyobrażacie sobie pisowskiego komisarza w Warszawie? Przecież te wszystkie zdobyte z takim trudem posady, od razu obsiadła by pisowska szarańcza i byłoby po stolicy. A ile ścieków z Ratusza (zamiast do rzeki) wypłynęło by wprost na ulice miasta? Awaria kolektora, czy niesprawna spalarnia, to przy tym Pikuś. Chyba, żeby komisarzem został Gowin... ale to marzenia śniętej głowy, a drugi Marcinkiewicz w PiS-ie już się raczej nie trafi.

Tak sobie myślę, że ten ostatni zrzut do Wisły, to ze strony Rafała... to właściwie był majstersztyk. Władza się ociągała, ale Rafał wziął ich na przeczekanie. Pokazał się na wałach, gospodarskim okiem ogarnął wylewające się fekalia, skonstatował, że generalnie płyną z biegiem rzeki i z pełną odpowiedzialnością obiecał warszawiakom, że dopóki on będzie rządził miastem – woda w stolicy będzie nadawała się do picia.

Śmieszy mnie teraz, gdy wrogowie kłamią, że nie spełnia obietnic.

Rafał, jesteś wielki!

Rząd musiał sam zmierzyć się z tym śmierdzącym problemem, choć z mizernym skutkiem.

Ale popatrzcie co za arogancja. Co oni sobie myśleli? Że coś takiego przejdzie niezauważone w Europie? Czy władza nie jest od tego, by dbać o środowisko?

Wiem, że w końcu się opamiętali, ale smród i wstyd na całą Unię pozostał. Rafał wspominał kiedyś, że po tym wszystkim, kiedy rozmawia z zagranicznymi partnerami, to wszyscy są zdziwieni postawą rządu i serdecznie mu współczują.

My też zawsze solidaryzowaliśmy się z przyzwoitymi ludźmi, dlatego stajemy wałem za Rafałem.

Usterka została usunięta, a nas to w zasadzie niewiele kosztowało, bo prezydent stolicy wyraźnie rządowi powiedział, że pomocy nie potrzebuje. Jak rzekłby Bronek – odchody mają to do siebie, że zrzucone do Wisły wpadają do morza i święty spokój.

Oczywiście, kto miał na tym zarobić – otrzymał tyle, ile miał obiecane, bo Rafał zawsze potrafił docenić specjalistów znających się na swojej robocie.

Tak, Rafał byłby najlepszy, ale padło na marszałkinię Małgorzatę, bo doktor Joannie wyszło z obliczeń, że tym razem wyborcy zagłosują na uczciwą kobietę.

Teraz wiem, że to nie był najlepszy wybór, ale kto mógł przypuszczać, że Polacy ciągle nie są gotowi na uczciwego kandydata. A Małgosia mówiła, co leżało jej na sercu i na dodatek jeszcze myślała... myślała, że jako kandydatce wolno jej mówić i robić – co tylko jej przyjdzie do głowy. Fakt, często korzystała z przygotowanych przez nas materiałów, ale pomysł z prompterem nie do końca się sprawdził. Nie mam pojęcia, czy to przez brak koncentracji, czy źle dobrane szkła... choć może też przez sam fakt, że ktoś to na żywo rejestrował. Niestety, ujęć nie można już było „ocenzurować”, ani powtórzyć, a na dodatek naprzeciwko stali również nieznani jej ludzie i czasem zadawali głupie, nieuzgodnione z nami pytania.

Nie ma co ukrywać, że nie wszystkie miejsca spotkań z wyborcami, czy nawet konferencje, dało się dobrze przygotować pod Małgosię. Okazało się, że najczęstszym mankamentem był brak budki suflera, a zastąpienie jej Borysem Budką (i jednocześnie suflerem) nie do końca się sprawdziło. Niestety, czasem podpowiadał zbyt głośno i (gdy pisowska telewizja to nagłaśniała) trzeba było marnować wiele energii, by to jakoś przykryć. Na szczęście działo się tak tylko wtedy, gdy nasza kandydatka zapominała włożyć do ucha aparat.

Czasem czuję żal do wszystkich (z tym, że do kaczora największy), bo czy to nasza wina, że poparcie zaczęło się sypać? Łatwo krzyczeć, że sztab źle pracuje i nie potrafi pokierować kandydatką... czy obarczać nas winą za nietrafione decyzje szefostwa, albo źle obliczone dane do eksperymentu z kandydatem kobietą.

Jak nad kimś zapanować, jeśli on sam nad sobą nie panuje? Jak pokierować wirtualną postacią, jeśli się nie ma klucza do jej oprogramowania? Co można było zrobić więcej? Walić głową w mur, czy - jak radził zaprzyjaźniony mecenas - skakać? Na główkę do basenu, choć widzieliśmy, że jest pusty? A tu ciągle w kółko - „kto nie skacze, ten jest z PiS-em”.

 Małgosia, choć na to nie wygląda, to mimo wszystko zwyczajna, wciąż żywa i pełna temperamentu kobieta, a wiadomo, że takiej nie da się upilnować. No jak nie oddać jej zabranego mikrofonu, skoro dopomina się go przy obcych ludziach? Albo, jak ją zatrzymać, gdy podczas uroczystości (pod okiem kamer) ściska się z próbującą je zakłócić chuliganerią?

Kiedy dotarło do zarządu partii, że tych wyborów nie da się już wygrać, zapadła decyzja, że wybory trzeba przełożyć tak, by wcześniej skończyła się trwająca kadencja Adriana. Wtedy dałoby się jeszcze to całe pisowskie zło odwrócić. Pojawił się pomysł, że w takiej sytuacji (według interpretacji naszych konstytucjonalistów) zgodnie z Konstytucją dałoby się stanowisko prezydenta obsadzić trzecią osobą w państwie i wreszcie można by zarządzić uczciwe wybory, w których zwyciężyłby nasz kandydat.

Małgorzacie szło raz lepiej, raz gorzej - gdy przyszło polecenie z centrali, że nie bierzemy udziału w majowych wyborach... tzn. nie wycofujemy z wyborów naszej kandydatki i prowadzimy kampanię wyborczą uświadamiającą, ale nie głosujemy. Pomyślałem sobie, że to bez sensu, ale doktor Andrzej rzekł, że sztab nie jest od myślenia tylko od działania... wspólnie i jednomyślnie. Od razu wprowadziliśmy decyzje w czyn. Przygotowaliśmy teksty o zagrożeniu korona wirusem, śmiercionośnych kopertach, niezgodności z konstytucją, sfałszowaniu wyborów itd., itp. Całość polaliśmy sokiem z buraka i puściliśmy w obieg.

Małgosia na przemian ogłaszała, że nie weźmie udziału w niedemokratycznych wyborach i dementowała wcześniejsze informacje, a im więcej spadało jej poparcie, tym bardziej rosło urzędującemu prezydentowi. W pewnym momencie (po jakiejś naradzie) szef zadecydował, że majowe wybory nie mają prawa się odbyć, wyszedł i trzasnął drzwiami. Podobno udał się na rozmowę prywatną do trzeciej osoby i uzmysłowił jej, że jeśli nie opóźni operacji o miesiąc, to nie będzie ani kopert, ani zaszczytów.

W następnych dniach sytuacja zrobiła się jeszcze bardziej nerwowa. Kosiniak – Kamysz prawie że zmienił się w tygrysa, Szymek płakał czytając Konstytucję, Robert udawał, że wyborcy nadal chcą na niego głosować, a Bosak cieszył się, że w sondażach przeskoczył naszą kandydatkę. 

Kiedy poparcie dla Małgorzaty skoczyło niebezpiecznie blisko poziomu notowań kandydata Tanajno, Małgosia ze wstydu przez kolejne dni nie zdejmowała maseczki... chyba, że akurat była w Sejmie. Grzegorz odciął się od niej, zaś do Budki nikt nie chciał wchodzić, bo jak głosiła wieść - przewodniczący ujadał, niby wygłodniały wilk, któremu kiełbasa sama uciekła sprzed nosa.

W końcu majowe wybory zostały odwołane, a my z nowym zapałem i pełni wiary w lepszą przyszłość - zabraliśmy się do pracy. Przygotowaliśmy materiały o tym, że PiS kolejny raz złamał konstytucję, bo nie przeprowadził wyborów w konstytucyjnym, majowym terminie i że generalnie to są sami nieudacznicy, kombinatorzy i krętacze, a najgorszy to oczywiście jest ich kandydat, a potem w kolejności Szumowski i Sasin. O prezesie nie wspominam, bo ten to jest poza wszelką konkurencją.

Wszystko zaczęło się od początku. Przewodniczący Borys rzekł, że teraz bierzemy udział w wyborach na poważnie i ogłosił publicznie, że Małgorzata była, jest i będzie naszą kandydatką w wyborach. Dziewczyna miała łzy w oczach... my też poryczeliśmy się, jak bobry w malinowym chruśniaku.

Wreszcie znowu wiedzieliśmy jaki przyświeca nam cel i czego się mamy trzymać.

Krótko po tym, pocztą pantoflową dotarła do nas informacja, że nastąpi zmiana kandydata... i że mamy zbierać podpisy na Rafała oraz Radka - po cichu i nieoficjalnie. Na tym etapie już nie wystarczało być wałami Rafała - teraz trzeba było ostro z kopyta ruszyć do ofensywy.

PS. Cdn.

You have no rights to post comments